Chętniej chodzimy do psychologa… małżeńskiego

Już jakiś czas temu pisaliśmy na tym blogu o wstydzie, który od dawien dawna mają Polacy w sprawie wizyty u psychologa. Tendencja ta powoli słabnie, lecz nadal poziom naszego skrępowania w momencie, gdy musimy się do takiego specjalisty wybrać, jest duży. Wstydzimy się jakby chodziło powiększanie piersi, bo boimy się etykietki wariat. W naszym kraju wciąż za mało akcentowana jest różnica między psychiatrą, a psychologiem. Nie będę się tu nad tą różnicą rozwodzić. Pragnę zaznaczyć jeden, bardzo istotny dla mnie fakt. Jednym rodzajem psychologa, do którego nie boimy się pójść jest psycholog małżeński. Powody takiego stanu rzeczy są dwa. Po pierwsze – i to cieszy – w zalewie rozwodów i separacji znowu zaczyna nam zależeć na utrzymywaniu własnych związków. Po drugie, do psychologa małżeńskiego nie chodzimy sami, lecz z partnerką tudzież z partnerem. Dodaje to odwagi, bo oznacza, że nie tylko z nami jest problem, ale też jest ktoś jeszcze. Nie jesteśmy sami, więc również skrępowanie jest mniejsze o połowę.